czwartek, 26 czerwca 2014

O gromadzeniu


Miesiąc temu po ciężkiej chorobie odeszła moja Chrzestna. Była, używając modnego ostatnio słowa, singielką. Określenie "samotna" nijak do niej nie pasuje. Mieszkała sama. Jej najbliższa rodzina nie była w stanie pomagać, więc robiła to moja Mama - jej kuzynka.

Ciocia, mimo, że do końca miała nadzieję, że choroba jej nie pokona, była bardzo dobrze przygotowana na swoją śmierć. Zarówno duchowo jak i w sprawach przyziemnych. Wybrała cmentarz, miejsce oraz sposób pochówku, rozeznała się w cenach w różnych zakładach pogrzebowych, odłożyła odpowiednią ilość pieniędzy, nie zapominając o ofierze na mszę świętą i na msze gregoriańskie. Pomyślała nawet o wynagrodzeniustypy i pewnie o wielu innych sprawach, o których nie miałam pojęcia.
Formalnościami dotyczącymi pogrzebu, rachunków bankowych, wszelakich opłat, informowania znajomych i organizowania stypy zajmowała się moja mama. Ciocia, zapewne z wdzięczności za mamy obecność i troskę, zdecydowała zostawić jej w spadku mieszkanie. Tylko się cieszyć...?

Nie miałam pojęcia, jak wysoki podatek trzeba zapłacić, kiedy otrzymuje się mieszkanie od dalszego krewnego. Nie wiedziałam wcześniej, jaki ogrom rzeczy Ciocia zgromadziła w szafkach swojego M1. Wiem, że rozdała część swoich rzeczy w trakcie choroby, jednak tym, co zostało, spokojnie można by obdarować cztery rodziny. Talerzyki, filiżanki, miseczki, pudełka, tace, garnki, kubeczki, kieliszki, ręczniki, ściereczki, ubrania, parasolki. Dlaczego aż tyle?! Co z tym wszystkim zrobić?!
Część zastawy wzięłam do siebie i zastąpiłam talerze z różnych parafii prostymi, białymi. Wzięłam kilka szklanek, kubek do herbaty z zaparzaczem, miękki koc, kilka ścierek i kosmetyków, mikser, ale za każdym razem zastanawiałam się, czy na pewno jest mi to potrzebne. Gdybym brała wszystko to, co "może się przyda", pewnie potrzebowałabym w domu nowej szafy.
Część pamiątek i sprzętów zabrała najbliższa rodzina, inne - moi rodzice i siostra. Ubrania i książki mają przejrzeć koleżanki Cioci.
A co z resztą?
Byłam tam z mamą dwa razy a przed nami pewnie jeszcze kilka wypraw. Niby od przybytku głowa nie boli. A jednak. I głowa - od myślenia, i kręgosłup - od dźwigania.